-
Mystic Aubergine
>Sober napisał
>u mnie ta twórcza stagnacja trwa już 7-8 lat.... a mam
>tylko 20... w latach wczesnego dzieciństwa.... rysowałem
>bardzo ale to bardzo dużo... i to nie takie bazgru bazgru
>na kartce tylko kompozycje z prawdziwego zdażenia... z
>jajem
>
O... cholera... o_O Ja... nie wiem, co powiedzieć. Gdyby w moim przypadku miało to tyle trwać, skończyłoby się w gruncie rzeczy na roku czy dwóch latach, bo, nie będąc w stanie wytrzymać, odebrałabym sobie życie.
Obecnie powoli, krok po kroku, wygrzebuję się z ok. rocznej niemocy twórczej, która mniej więcej w podobnym tempie rozpoczęła się ok. 2 miesiące po przybyciu do liceum (plastycznego, jak na ironię)- gdzieś w listopadzie utraciłam wenę. Wiedząc, iż wena bywa na urlopie, nie przejęłam się zbytnio. Bywa. Nie ma jej tydzień, dwa... Raz znikała, raz powracała. Po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, iż ilość jej obecności jest nieproporcjonalnie mała do tej nieobecności. Niemniej nie wywołało to we mnie poważnego frasunku, gdyż miałam już za sobą doświadczenie z kilkumiesięcznym tego typu kryzysem. Podejmowałam próby rysowania, lecz nie dawały one zadowalających owoców, jak niegdyś. Z moich komiksów uleciał czarny, absurdalny humor, który wywoływał we mnie duszący śmiech, co oznaczało, że to samo stanie się w przypadku czytelników. Założenie to zawsze się sprawdzało. Nie byłam w stanie wykrzesać z siebie ni krztyny głupawki, tego uniesienia, które na wieki zamykało mnie w mym świecie. Moment, czy nadmieniłam już o komiksach...? Jakich komiksach? Pomysły na fabułę pojawiały się sporadycznie, w postaci niemożliwych do rozwinięcia, wymyślonych z lekka na siłę zalążkach. Opowiadania... piszę... pisałam... pszszsz... też. Do tych nie byłam w stanie nawet podejść- z racji braku czasu i utraty zapału do czytania książek, popadłam w kompletną niemoc. Nie potrafiłam sklecić sesownego zdania. Jednakże nie traciłam nadziei.
Walentynki, co intersujące, były wigilią mojego wyjałowienia. Niekiepskich lotów pomysły przelewałam wówczas na papier przez pół dnia w kafejce. Było sympatycznie. Następnego dnia zaczęła się ciągła pustka. Tydzień... Dwa tygodnie... Dwa miesiące... Trzy... Pięć... Załamałam się. Nie przestałam jednak rysować z natury. Musiałam to podtrzymać w jakikolwiek sposób. Żyć, rozwijać się... by po powrocie ruszyć do pracy z nowymi mozliwościami...
Praktycznie codziennie rozważałam samobójstwo. Ponadto w pewnej chwili naszło mnie wrażenie, że utraciłam swój talent. Nigdy go nie doświadczyłam. Było ono irracjonalne- znam swą wartość, w szczególności, jeśli chodzi o twórczość. Nie mogłam się go pozbyć.
Stwierdzenie "oczyść swój umysł" oraz stan umysłowy bywalczyń solariów stały mi się nagle pojęte.
Rzadko uśmiechałam się w wakacje. Spędziłam je, płacząc i snując ponure myśli. Oraz, na szczęście, rysując z natury. Niemniej jednak niekiedy smutek zbyt mnie przytłaczał, by nawet i tego się podjąć.
Mnóstwo dni spędziłam trywialnie od zeszłego lutego. Od września zaczęłam walczyć, gdyż natchnienie znów zaczęło się pojawiać w sposób "przerywany" i obecnie w gruncie rzeczy "trenuję" wymyślanie rozmaitych scenariuszy do mojego wiekszego komiksowego dziełka, które dopieszczam od 3. klasy gimnazjum. Niekiedy jeszcze pojawia się strach przed blokadą wywołaną przez zekome wrażenie utraty umiejetności... wówczas jednak wyganiam je z głowy zwykłym "gówno prawda". Proste, wulgarne... ale jak skuteczne! Rysuję, zapisuję... choć nieco na siłę, wiem, że będzie dobrze. Jeśli będzie trzeba, poprawię jeden kadr 100 razy. Jak dawniej, gdy pomysł z szaleńczym rozmachem rozrastał się w mej głowie.
Dziękuje za wysłuchanie mej opowieści.
Dobry wieczór, jestem tu nowa, mam 17 lat i rysuję od 17 lat :3
Niechaj wena będzie z Wami, ludki >3 -
Anonim
Nie mogę nic narysować jeśli mnie ktoś o to nie poprosi. Jestem pieprzonym artystą na zlecenie. -
Maniek
>Nie mogę nic narysować jeśli mnie ktoś o to nie poprosi. Jestem pieprzonym artystą na zlecenie.
ja mam wręcz przeciwnie, jak mnie ktoś o cos poprosi to czeka miesiącami, ale ostatnio od dwóch lat męczy nie brak chęci do tworzenia i siłą rzeczy zmuszam się do rysowania, ale to już nie to samo.
a teraz mam pytanie, tak z czystej ciekawości, czy obniżenie chęci do rysunku u was poprzedza jakaś trauma, obniżenie nastroju, depresja albo coś w tym stylu, czy może raczej przemęczenie spowodowane ciągłym rysowaniem?
mam nadzieję że ktoś tu ciągle zagląda... -.-

