-
Kyльбaбa
Koncert odbyl sie pare kilometrow od Grazu pod golym niebiem. Przyjechalam tam troche wczesniej i swoje odstalam, ale dzieki tam znalazlam sie pod sama scena.
Jak tylko przyszedl zmrok - zaczelo sie.
Pierwsza piosenka - Kenneth. Niesamowita energia, wszyscy skakali i pod
scena zrobilo sie jakos luzniej i zostalam wepchnieta... do pierwszego
rzedu, gdzie twardo trzymalam sie juz do konca koncertu.
Koljeny kawalek: So Fast, So Numb - rewelacja oczywiscie. Potem podobno
Animal (nie pamietam tego) i wreszcie to na co czekalam, czyli Leave.
Genialna piosenka i uwazam, ze swietnie nadajaca sie na koncerty. Eh.
Trudno mi nawet opisac - to trzeba przezyc!
Setlista generalnie nie byla niespodzianka. Grali to co ostatatnio. Me
In Honey, Electrolite, Orange Crush i te wszystkei nowe piosenki. Z
ciekawszych piosenek bylo jedynie 7 chinese brothers.
Ogolnie widac bylo, ze to jest tylko jeden koncert z wielu pod czas tej
trasy. Stipe dawal przedstawienie, jak zwykle - dla mnie prawde mowiac
az do przesady.
Buck jak zwykle trzymal dystans do wszystkiego i tylko zagadywal co
jakis czas do Scotta McCaugheya. Natomiast Mills zachowywal sie jakby
mial 20 lat i latal, skakal i sie wyglupial. Spiewali ze Stipem do
jednego mikrofonu, a na koniec zeskoczyl ze sceny i przelecial przed
publicznoscia przybijajc "piatki" do wyciagnietych dloni.
Ogolnie bylo super, atmosfera wsrod publicznosci byla niezwykle mila -
nie bylo specjalnego scisku, a stalam prawie na srodku. Koncert byl
swietnie zagrany i mimo, ze nie bylo niespodzianek to bawilam sie
naprawde rewelacyjnie (a zawsze sie balam, ze kolejny koncert po Kolonii
czy Wawie wypadnie dla mnie po prostu kiepsko).

