Boso jest fajnie! (dawniej: Boso po świecie) [333]

Zapisz się
  • 1
  • 2
Dodaj kartkę Dodaj bana
Powód wlepienia kartki
Wybierz wątek docelowy z listy lub wpisz jego ID
  • Małgorzata Zielińska

    Nad założeniem tego tematu zastanawiałam się od dawna, a pierwsze spostrzeżenia poczyniłam już wtedy, gdy wstępowałam do Grona.
    Od kilku miesięcy biorę udział w kilku innych forach dyskusyjnych: zawodowych, motoryzacyjnych, rodzinnych. Przeważnie niewiele dobrego mogę powiedzieć o atmosferach panujących na nich. Zaciętość, z jaką niektórzy uczestnicy bronią swoich poglądów przekracza granice kultury osobistej. A stąd już tylko krok do tego, co pospolicie nazywamy chamstwem. Nie będę tu wdawała się szczegóły i ilustrowała tego przykładami. Sądzę bowiem, że wielu z Was również zetknęła się z tym problemem.
    Już po krótkiej lekturze postów na forum grona chodzących boso zorientowałam się, że panuje tu zupełnie odmienny klimat do rozmów. Na naszym forum jest sympatycznie, często zabawnie, a przede wszystkim – nie ma zawziętości, graniczącej z agresją.
    Zadaję więc pytanie (sobie, ale i Wam, Kochani, do dyskusji): czy chodzenie boso łagodzi obyczaje? Czy sprawia, że ludzie mający zmiłowanie do chodzenia bez butów są dla siebie lepsi? Czy wreszcie jest to przejaw delikatności i wrażliwości (Olek pisał o tym w jednym z postów), która czyni nas takimi?
  • mkl

    Spotykam się codziennie z tym na moim branżowym forum (nazwy nie wymienię, żeby nie reklamować). Mam wrażenie, że ludzie nie widząc twarzy swojego adwersarza pozwalają sobie na dużo dużo więcej, niż w rozmowie twarzą w twarz. Internet daje anonimowość i bezkarność - co jest skrupulatnie wykorzystywane. Na szczęście forum jest dość restrykcyjnie moderowane, więc wszelkie przejawy kłótni, wulgaryzmów czy też jakichś prywatnych docinek są skrupulatnie usuwane i gaszone w zarodku aczkolwiek nie zawsze udaje się moderatorom zareagować w porę.

    Nie wiem. Może coś jednak jest w tym chodzeniu boso, że łagodzi obyczaje. Może w mózgu wydzielają się więcej endorfin, co powoduje że ludzie są bardziej spokojni. Ja czuję się bardzo odprężony chodząc boso, więc coś w tym musi być. Chodzenie boso z pewnością łagodzi obyczaje i rozładowuje atmosferę.
    Przede wszystkim jednak wszystko zależy od tego jacy jesteśmy. Może to szczęśliwy traf, że taka grupa zebrała się na tym forum?
  • Pawel Bik

    Naturalnie, nikt nie chce wejsc z butami w czyjes zycie. To chyba nasza mantra, nie?
    (Swoja droga, moze dlatego kobietom wrecz przystoi chodzic boso a mezczyznom nie do konca.
    Bez butow jest sie zmuszonym do delikatnego stapania. A buciorami sie wali i miazdzy a juz
    co najmniej traci sie to wyczucie. Nie wszyscy to lubia).
  • Pietrek

    No cóż. Boso chodza ludzie raczej wyluzowani. Nabierają tez nawyku uważnego patrzenia wokół, co się przekłada na obyczaje. Ja sam nie jestem człowiekiem ani łagodnym ani delikatnym, ale staram się walić precyzyjnie a nie na oślep. Stawać na ziemi też...
    Poza tym jak już wiele razy mówiłem - z czym wielu rozmówców się nie zgadzało - mamy tu do czynienia ze swego rodzaju (swego rodzaju! - podkreślam) zachowaniem seksualnym. Stopa mocno działa na zmysły - stąd ludzie chętnie zbroją się w ciężkie buciory, bo wtedy czują się mniej nadzy, mniej odsłonięci, mniej zdemaskowani. Ci, którzy czują wyższość wobec bosych, za nic w świecie nie zdejmą butów, jednocześnie lubią to poczucie wyższości manifestować. Ci, którzy potrafią przełamać tę barierę nieśmiałości, zyskują na pewności siebie, co pozwala na większą tolerancję i wyrozumiałość wobec innych.
    Znajomy psychoterapeuta zwrócił mi (a właściwie całej grupie) uwagę, że ludzie boją się zdjąć buty w grupie, w której czują się zagrożeni i bardzo często to poczucie zagrożenia pozostaje poza świadomością. "Nie zdejmę butów, bo nie! Ale przecież wszystko jest w porządku..."
  • Małgorzata Zielińska

    Mam jeszcze jedno spostrzeżenie, którym chciałam się z Wami podzielić. Znowu zacznę od pytania: czy jeżeli spacerujecie boso, latem, gdzieś w plenerze, a do tego z bliską sobie osobą czy w przyjacielskim gronie, to też odnosicie wrażenie że jesteście sobie jakby jeszcze bliźsi, bardziej serdeczni?
    Zilustruję to własnym przykładem. Moja rodzina to mąż i dwójka dzieci, bliźniaków (chłopiec i dziewczyna, teraz mają po 15 lat). Przed czterema laty mój mąż otrzymał propozycję życia: udział w półrocznym szkoleniu połączonym z pracą we Włoszech. Długo wahał się, czy przyjąć tę ofertę, właśnie ze względu na rodzinę. Przekonałam go i poleciał. Zostałam sama z dziećmi i było nam bardzo smutno. Dzieci, z tęsknoty za tatą zrobiły się apatyczne, a ja zaczęłam tracić z nimi kontakt. Zabrałam je za miasto, tam trochę spacerowaliśmy i markotni wróciliśmy do domu. Po tygodniu pojechaliśmy znowu. Wiosna była już w pełni. Wokół pięknie, zielono, ciepło. Zaproponowałam zdjęcie butów i pospacerowanie na bosaka. Muszę przyznać, że był to trafiony pomysł, który bardzo spodobał się dzieciakom. Z planowanego krótkiego spaceru zrobił się kilkugodzinny i kilkukilometrowy. A najważniejsze, że wrócił radosny nastrój. Dzieciom rozwiązały się języki i na wyścigi zaczęły mi o wszystkim opowiadać. Odtąd wszystkie we wolne pogodne dni wyjeżdżaliśmy za miasto pospacerować sobie boso. Także i po powrocie męża. Szkoda tylko, że on tak rzadko daje się namówić na bose spacery z nami. Za to dzieci, gdy tylko jest ciepło, same dopominają się bym je gdzieś zabrała.
  • Skippy

    >Pietrek napisał

    >Poza tym jak już wiele razy mówiłem - z czym wielu
    >rozmówców się nie zgadzało - mamy tu do czynienia ze
    >swego rodzaju (swego rodzaju! - podkreślam) zachowaniem
    >seksualnym. Stopa mocno działa na zmysły - stąd ludzie
    >chętnie zbroją się w ciężkie buciory, bo wtedy czują
    >się mniej nadzy, mniej odsłonięci, mniej zdemaskowani.

    To ja sie do nich dolaczam, tez sie z tym zupelnie nie zgadzam. Moim zdaniem to skutek, a nie przyczyna. Jak ci ktos bedzie wystarczajaco czesto powtarzal, ze boso sie nie chodzi, to tez w koncu uwierzysz. Jedni wmawiaja drugim, a potem drudzy upewniaja tych pierwszych. Odkad przeczytalem o Teorii Memow, do wielu rzeczy mi ona pasuje. To tez jest mem i nic wiecej, na szczescie mem niezabezpieczony :)

    Z wlasnego doswiadczenia wiem, ze w innych spoleczenstwach (niektorych) nikt sie nie zastanawia czy jest bardziej goly bo zapomnial butow. Za to jak arabce w miejscu publicznym spadnie z glowy worek z dziurami na oczy, to gotowa jest umrzec z rozpaczy, choc w tym czasie rownie dobrze moglaby byc boso.

    W tym zakresie to tak zwana "kultura" ksztaltuje nas (Was), a nie fizjonomia kulture.
    I nie ma niczego magicznego w samym fakcie noszenia (czy nienoszenia) butow.
  • mkl

    >Małgorzata Zielińska napisała:
    >Mam jeszcze jedno spostrzeżenie, którym chciałam się z
    >Wami podzielić. Znowu zacznę od pytania: czy jeżeli
    >spacerujecie boso, latem, gdzieś w plenerze, a do tego z
    >bliską sobie osobą czy w przyjacielskim gronie, to też
    >odnosicie wrażenie że jesteście sobie jakby jeszcze
    >bliźsi, bardziej serdeczni?

    Ja akurat w moim upodobaniu do chodzenia boso jestem osamotniony, gdyż moja dziewczyna nie bardzo to lubi. Mam nadzieję, że moje przyszłe dzieci to polubią.
    W gronie bliskich znajomych też tego nie praktykuję, bo dla nich normalne miejsce do chodzenia boso to tylko plaża. Ale podczas wakacyjnych spacerów po plaży zauważyłem, że atmosfera staje się bardziej luźna i wszyscy patrzą na świat przez różowe okulary. Czy ludzie są bardziej serdeczni dla siebie - chyba tak. Ostatnio ze znajomymi nad morzem byłem ze 3 lata temu, ale to były jedne z milszych dni letniego wypoczynku.

    Ale jak widać na przykładzie, którym przytoczyłaś, endorfiny działają.

  • mkl

    >Darecki napisał

    >W tym zakresie to tak zwana "kultura" ksztaltuje nas (Was),
    >a nie fizjonomia kulture.
    >I nie ma niczego magicznego w samym fakcie noszenia (czy
    >nienoszenia) butow.

    Środowisko ma także bezpośredni wpływ na kulturę w której żyją poszczególne jednostki. Ot przykład Indianie w Amazonii. W ich kulturze nagość (według naszych standardów) jest czymś codziennym i naturalnym, ze względu na klimat. Człowiek wtedy się nie poci i robactwo do niego nie lezie.
    W Europie jest inaczej. Klimat jest inny. Wykształcił się ubiór i obuwie.

    Co do magii noszenia czy nie noszenia, to jednak coś w tym jest, no bo mając słodycze na codzień nie czerpie się z nich takiej przyjemności, jakby miało je się raz do roku...
  • w-p

    >Ci, którzy czują wyższość wobec bosych, za nic w
    >świecie nie zdejmą butów, jednocześnie lubią to
    >poczucie wyższości manifestować. Ci, którzy potrafią
    >przełamać tę barierę nieśmiałości, zyskują na
    >pewności siebie, co pozwala na większą tolerancję i
    >wyrozumiałość wobec innych.
    >Znajomy psychoterapeuta zwrócił mi (a właściwie całej
    >grupie) uwagę, że ludzie boją się zdjąć buty w grupie,
    >w której czują się zagrożeni i bardzo często to
    >poczucie zagrożenia pozostaje poza świadomością. "Nie
    >zdejmę butów, bo nie! Ale przecież wszystko jest w
    >porządku..."

    nie mam poczucia,że brak obuwia zwiększa mi poczucie pewności siebie,i jak najbardziej mogę być bez butów,to jest boso,w środowisku,gdzie mam jakieś poczucie zagrożenia..i odwrotnie.
    to u mnie nie ma nic do rzeczy

    >czy jeżeli spacerujecie boso, latem, gdzieś w plenerze, a do tego z bliską sobie osobą czy w >przyjacielskim gronie, to też odnosicie wrażenie że jesteście sobie jakby jeszcze bliźsi, bardziej >serdeczni?
    u mnie-nie zauważam związku.tzn to kwestia ludzi,nie butów,wydaje mi się.nastawienia. czyli mozna czuć się serdecznie(j),ale nie uwazam bosości za zródlo

    co do forów,to jest kwesita nie butów wg mnie,a po prostu tematu,ludzi..na forum poezji śpiewanej jest podobny stopień przyjazności co tu:P za zabawności nawet więcej:P tam też są np.łagodni ludzie [ale nie badałam,czy chodzą boso:p]
  • olek (aka Reynevan)


    Ja także mam wrażenie, że to nie nasza bosość wpływa spokój i przyjazną atmosferę w gronie.
    Może i bosość, i spokój to jeden efekt biorący się z innych cech?
    A może po prostu nie dotykamy w naszych dyskusjach wątków "zasadniczych", nie budujemy tu swojej pozycji, nie musimy niczego udowadniać i stąd taka a nie inna atmosfera.

    Jeżeli chodzi o poczucie wspólnoty to tak - czuję to.
    Dlatego między innymi tak lubię wspólne spacery :-)

    W ogóle ja automatycznie czuję sympatię i nutkę poczucia wspólnoty wobec osób, które widzę boso (na mieście, w lesie, w domu itp.) oraz nutkę niechęci do takich, które nawet w sytuacjach bardzo sprzyjających bosochodzeniu pozostają w butach/skarpetkach, które brzydzą się stawiać stopę bezpośrednio na podłożu.

    Oczywiście mam pełną swiadomość, że zdejmowanie lub nie butów nie świadczy o wartości człowieka i nigdy nie pozwalam się takiemu osądowi zadomowić w moim umyśle. Niemniej – pierwsze wrażenie takie właśnie jest.


    >Znajomy psychoterapeuta zwrócił mi (a właściwie całej grupie) uwagę, że ludzie boją się zdjąć buty >w grupie, w której czują się zagrożeni i bardzo często to poczucie zagrożenia pozostaje poza >świadomością. "Nie zdejmę butów, bo nie! Ale przecież wszystko jest w porządku..."

    Ładnie sformułowane. Ten mechanizm miałem na myśli, gdy w poprzednim, "kontrowersyjnym"; ), zadałem Małgosi niezrozumiałe przez Nią pytanie; )

    Myślę, ze podlegam temu zjawisku.
    Ale w moim przypadku nie dotyczy ono tylko chodzenia boso. Podobnie jest w kwestii nagości.
    Np. podczas kąpieli saunowej, w której wszyscy sanują swobodnie (a zarazem kulturalnie i naturalnie) także czuję takie poczucie wspólnoty. Nie mam tam problemów z nagością.
    Ale z drugiej strony - gdy czasem pokłócę się z żoną, to wtedy nawet przy niej bez ubrania nie czuję się w pełni komfortowo.
    Aha - w przypadku obojętnego mi tłumu (tak przy chodzeniu boso po mieście, jak i przy nagości np. na plaży) nie czuję żadnych emocji tego typu.
  • Andrzej

    >Pawel Bik napisał
    >Naturalnie, nikt nie chce wejsc z butami w czyjes zycie. To
    >chyba nasza mantra, nie?
    >(Swoja droga, moze dlatego kobietom wrecz przystoi chodzic
    >boso a mezczyznom nie do konca.
    >Bez butow jest sie zmuszonym do delikatnego stapania. A
    >buciorami sie wali i miazdzy a juz
    >co najmniej traci sie to wyczucie. Nie wszyscy to lubia).

    To jest dokładnie moje odczucie! Idąc w butach, zwłaszcza wojskowych, nie muszę się troszczyć, na co nadepnę. Idąc boso mogę zostać dotkliwie skarcony za taką beztroskę. To wymusza delikatność, ale zarazem jest wyborem: chcę iść boso, bo chcę stąpać delikatnie i czuć, po czym idę.
    Boso, oznacza także pokorę. Nie bez powodu Bóg na przywitanie zażądał, by Mojżesz zdjął buty. Chcąc nad kimś panować, trzeba być w butach, znów, najlepiej wojskowych. Ilekroć chcę kogoś "ochrzanić", przypominam sobie, że jestem boso i będę wyglądał śmiesznie wrzeszcząc na kogoś i... mi przechodzi.
  • Andrzej

    Jeszcze jedno: czuję potrzebę pochwalenia Małgorzaty. Czy zauważyliście, jak bardzo ożywiła nasze grono w tym raczej martwym sezonie? Co ważniejsze wprowadzane przez Nią tematy są niebanalne, a ze sposobu wyrażania się widać delikatność.
    Nie mam zwyczaju prawienia komplementów, jeśli nie odzwierciedlają tego, co czuję. Po prostu cieszę się ze spotkania osoby, która odbiera na tej samej fali i chcę za to podziękować.
  • Małgorzata Zielińska

    >Andrzej napisał
    >Jeszcze jedno: czuję potrzebę pochwalenia Małgorzaty. Czy
    >zauważyliście, jak bardzo ożywiła nasze grono w tym
    >raczej martwym sezonie? Co ważniejsze wprowadzane przez
    >Nią tematy są niebanalne, a ze sposobu wyrażania się
    >widać delikatność.
    >Nie mam zwyczaju prawienia komplementów, jeśli nie
    >odzwierciedlają tego, co czuję. Po prostu cieszę się ze
    >spotkania osoby, która odbiera na tej samej fali i chcę za
    >to podziękować.

    Bardzo dziekuję za uznanie. Niestety, dostrzegam to, że nasze forum trochę jakby przysypia.
    Żałuję, że jak na razie jestem chyba jedyną dziewczyną, która tu regularnie zagląda. A z wcześniejszych postów wiem, że kilka fajnych dziewczyn tutaj się wypowiadało. Koleżanki, co z Wami?
  • Pietrek

    >Darecki napisał
    >Moim zdaniem to skutek, a nie przyczyna.

    Ja nie określam co tu jest skutkiem a co przyczyną, po prostu widzę pewien związek między jednym a drugim - bez określania, czy pierwsze było jajko czy kura. Jak również zdaje sobie sprawę, że nie jest to zasada działająca zawsze a jedynie obserwacja pewnego fachowca, który mi o niej powiedział i którą uważam za uzasadnioną, bo pokrywa się z moim doświadczeniem - znacznie uboższym niż jego. Co do tej seksualności widoku stopy - potrafisz rozróżnić czy coś symbol seksualny działa słabiej tylko dlatego, że takim został w wyniku umowy społecznej?
    Pewnie, że to kulturowa sprawa. Wcale przez to nie działa słabiej.

    >Jak ci
    >ktos bedzie wystarczajaco czesto powtarzal, ze boso sie nie
    >chodzi, to tez w koncu uwierzysz.

    To prawda, aczkolwiek nie wobec mnie. W wyniku specyficznego wychowania wmawianie mi czegoś działa odwrotnie. I jest dobrym sposobem, żeby dostać ode mnie kopa - wcale nie łagodnego, bo brak butów nadrabiam techniką.

    Ale zgadzam się z Twoją obserwacją - zresztą nie tylko Twoją, jak sądzę. Kilkadziesiąt lat temu ten mechanizm opisał Goebbels - ludzie zwykle nie chcą pamiętać o tym, że miał on całkiem zasłużony doktorat zanim jeszcze związał się z NSDAP.
    Od tamtej pory jego obserwację poddano obróbce badawczej i wiemy mniej więcej jak to działa.

    >W tym zakresie to tak zwana "kultura" ksztaltuje nas (Was),
    >a nie fizjonomia kulture.
    >I nie ma niczego magicznego w samym fakcie noszenia (czy
    >nienoszenia) butow.

    Magia też jest tylko kwestią kulturową - nie traci przez to wpływu na ludzi, którzy jej się poddają.


    >w-p napisała:

    >nie mam poczucia,że brak obuwia zwiększa mi poczucie
    >pewności siebie,i jak najbardziej mogę być bez butów,to
    >jest boso,w środowisku,gdzie mam jakieś poczucie
    >zagrożenia..i odwrotnie.
    >to u mnie nie ma nic do rzeczy

    Przełamałaś barierę nieśmiałosci na tym tle - i to skutek.

    >co do forów,to jest kwesita nie butów wg mnie,a po prostu
    >tematu,ludzi..na forum poezji śpiewanej jest podobny
    >stopień przyjazności co tu:P za zabawności nawet
    >więcej:P tam też są np.łagodni ludzie [ale nie
    >badałam,czy chodzą boso:p]

    Fakt. Ale to kwestia wrażliwości - a czy człowiek zwraca uwagę na otoczenie, bo lubi poezję czy dlatego, że lubi czuć po czym idzie - efekt jest ten sam.
    Ciekawostka polega na tym, że na forach fotograficznych często jest... delikatnie mówiąc... lekko psychopatycznie. Najwyraźniej to nie sztuka łagodzi obyczaje tylko ludzie łagodni lgną do pewnych rodzajów sztuki.

    >olek (aka Reynevan) napisał
    >
    >Ja także mam wrażenie, że to nie nasza bosość wpływa
    >spokój i przyjazną atmosferę w gronie.
    >Może i bosość, i spokój to jeden efekt biorący się z
    >innych cech?

    Pewnie tak. Poczucie luzu pozwala zdjąć buty i skupić się na odczuwaniu przyjemności.

    >A może po prostu nie dotykamy w naszych dyskusjach wątków
    >"zasadniczych", nie budujemy tu swojej pozycji, nie musimy
    >niczego udowadniać i stąd taka a nie inna atmosfera.

    Zobaczymy, cz kiedyś trafi się zwolennik wyższości włąsnych stóp nad wszystkimi innymi... ciekawe, co zrobi z atmosferą.

    >Np. podczas kąpieli saunowej, w której wszyscy sanują
    >swobodnie (a zarazem kulturalnie i naturalnie) także czuję
    >takie poczucie wspólnoty. Nie mam tam problemów z
    >nagością.

    Działa inna norma społeczna!

    >Ale z drugiej strony - gdy czasem pokłócę się z żoną,
    >to wtedy nawet przy niej bez ubrania nie czuję się w
    >pełni komfortowo.

    Bezbronny? Odsłonięty?
    Tak często czują się ludzie bez butów...
  • olek (aka Reynevan)


    >Ale zgadzam się z Twoją obserwacją - zresztą nie tylko
    >Twoją, jak sądzę. Kilkadziesiąt lat temu ten mechanizm
    >opisał Goebbels - ludzie zwykle nie chcą pamiętać o tym,
    >że miał on całkiem zasłużony doktorat zanim jeszcze
    >związał się z NSDAP.

    A z czego?


    >>Np. podczas kąpieli saunowej, w której wszyscy sanują
    >>swobodnie (a zarazem kulturalnie i naturalnie) także
    >czuję
    >>takie poczucie wspólnoty. Nie mam tam problemów z
    >>nagością.
    >Działa inna norma społeczna!

    Co masz na myśli?

    >>Ale z drugiej strony - gdy czasem pokłócę się z
    >żoną,
    >>to wtedy nawet przy niej bez ubrania nie czuję się w
    >>pełni komfortowo.
    >Bezbronny? Odsłonięty?
    >Tak często czują się ludzie bez butów...

    Dokładnie tak to sobie interpretuję.
  • Pietrek

    >Kilkadziesiąt lat temu ten mechanizm
    >opisał Goebbels - ludzie zwykle nie chcą pamiętać o tym,
    >że miał on całkiem zasłużony doktorat zanim jeszcze
    >związał się z NSDAP.

    A z czego?

    Z filozofii. Na uniwerku w Heidelbergu w 1921. A sformulowana przez niego zasada propagandy mówi, ze jeżeli jakies twierdzenie powtarzamy głosno i często, to zostanie uznane za prawdę, w środowisku, które będzie tego słuchać. Niezaleznie od faktycznej wartości ... Co obserwujemy na co dzień dzisiaj.

    >>>Np. podczas kąpieli saunowej, w której wszyscy sanują
    >>>swobodnie (a zarazem kulturalnie i naturalnie) także
    >>czuję
    >>>takie poczucie wspólnoty. Nie mam tam problemów z
    >>>nagością.

    >>Działa inna norma społeczna!

    >Co masz na myśli?

    Powstaje izolowana grupa, której wyróżnikiem jest brak ubrania. Dyskomfort ma wtedy ten tekstylny... poza oczywistą niewygodą siedzenia w ciuchach w saunie. To tak samo jak wytykanie palcami.
  • Małgorzata Zielińska

    Nie bardzo mogę się z Wami zgodzić, ale myślę, że to z powodu bardzo indywidualnego podejścia. Tym bardziej, że inne jest spojrzenie kobiety, co potwierdza wcześniejszy post w-p. Abstrahuję tu od chodzenia boso po domu, co u mnie jest powszechne i tak oczywiste, jak dla innych ubieranie pantofli, czy prowadzenia auta na bosaka, bo gdy tylko nie ma mrozu to tylko tak jeżdżę, a to z kolei wynika z wieloletnich przyzwyczajeń.

    Jeżeli spaceruję gdzieś boso w plenerze nigdy nie miewam poczucia słabości czy obnażenia się. Tym bardziej, że - o czym napisałam wcześniej - najczęściej odbywa się to w towarzystwie dzieci, wśród których moja rola jest (ciągle jeszcze) dominująca, ewentualnie (rzadko) w towarzystwie męża (tu "dominowanie" polega na namówieniu go do zdjęcia butów.

    Czy łatwo (lub wręcz: od razu) ulegamy wpływowi grupy, w której się znaleźliśmy i czy jest to sprawa więźi z grupą, która robi coś, co w innych realiach byłoby niewłaściwe? Olek daje tu przykład sauny, w której czuje się zjednoczony z innymi w niej przebywającymi, a to wynika z samego faktu, że wszyscy w niej są nago i nie mają powodów by się tej nagości wstydzić.
    Owszem, kilkakrotnie, w czasie zagranicznych wakacji zdażyło mi się bywać na plażach topless i muszę stwierdzić, że wcale takiego odczucia nie miałam. Wręcz przeciwnie, zanim zdecydowałam się w końcu "dostosować" do panującego tam zwyczaju musiałam długo oswajać się z miejscem, w którym się znalazłam i zrobiłam to z ogromnym wahaniem.Jakiejkolwiek solidarności z kilkoma setkami kobiet, które łączył brak górnej części kostiumu nie odczułam zupełnie. Być może to, o czym Olku piszesz działa, lecz tylko w mniejszej zbiorowości.

    A przy tym chyba trochę zagalopowaliśmy się w naszych dyskusjach, schodząc na rozważania z pogranicza filozofii...
  • Pietrek

    >Małgorzata Zielińska napisała:

    >Jeżeli spaceruję gdzieś boso w plenerze nigdy nie miewam
    >poczucia słabości czy obnażenia się. Tym bardziej, że -
    >o czym napisałam wcześniej - najczęściej odbywa się to
    >w towarzystwie dzieci, wśród których moja rola jest
    >(ciągle jeszcze) dominująca, ewentualnie (rzadko) w
    >towarzystwie męża (tu "dominowanie" polega na namówieniu
    >go do zdjęcia butów.

    To Ty ustalasz reguły grupy, więc jakim cudem masz czuć dyskomfort i presję?

    >Czy łatwo (lub wręcz: od razu) ulegamy wpływowi grupy, w
    >której się znaleźliśmy i czy jest to sprawa więźi z
    >grupą, która robi coś, co w innych realiach byłoby
    >niewłaściwe?

    To oczywiście jest sprawa indywidualna - ja tam robię, co mi się podoba, niezależnie od grupy, ale moja małżonka na przykład już nie.

    >Owszem, kilkakrotnie, w czasie zagranicznych wakacji
    >zdażyło mi się bywać na plażach topless i muszę
    >stwierdzić, że wcale takiego odczucia nie miałam. Wręcz
    >przeciwnie, zanim zdecydowałam się w końcu "dostosować"
    >do panującego tam zwyczaju musiałam długo oswajać się z
    >miejscem, w którym się znalazłam i zrobiłam to z
    >ogromnym wahaniem.Jakiejkolwiek solidarności z kilkoma
    >setkami kobiet, które łączył brak górnej części
    >kostiumu nie odczułam zupełnie. Być może to, o czym Olku
    >piszesz działa, lecz tylko w mniejszej zbiorowości.

    Zauważyłem, że presja grupy zależy od tego, czy czujemy się w niej anonimowi.
    W grupie 15 znanych Ci pań topless czułabyś się być może wyobcowana nosząc stanik.
    W grupie kilkuset obcych byłaś anonimowa, więc Twoje własne przyzwyczajenia były silniejsze a presja grupy znikoma.
    Zresztą - to Olek jest socjologiem, potrafi lepiej wyjaśnić mechanizm presji społecznej.
  • Małgorzata Zielińska

    >Pietrek napisał
    >>Małgorzata Zielińska napisała:
    >
    >>Jeżeli spaceruję gdzieś boso w plenerze nigdy nie
    >miewam
    >>poczucia słabości czy obnażenia się. Tym bardziej, że
    >-
    >>o czym napisałam wcześniej - najczęściej odbywa się
    >to
    >>w towarzystwie dzieci, wśród których moja rola jest
    >>(ciągle jeszcze) dominująca, ewentualnie (rzadko) w
    >>towarzystwie męża (tu "dominowanie" polega na
    >namówieniu
    >>go do zdjęcia butów.
    >
    >To Ty ustalasz reguły grupy, więc jakim cudem masz czuć
    >dyskomfort i presję?

    Chyba w tym miejscu się nie zrozumieliśmy, więc zmuszona jestem sprostować. Pisałam poprzednio o tym, że zawsze odczuwam wielką radość, że mogę pojechać z moimi dziećmi za miasto, i tam, spacerując z nimi na bosaka porozmawiać z nimi o zwykłych sprawach, ale też i o tych trudniejszych (szkoła, koledzy, dziewczyny, chłopaki – w życiu moich 15-letnich bliźniaków już pomału zaczynają pojawiać się sympatie). Skoro zaś sprawia mi to przyjemność, trudno zatem mówić o dyskomforcie.
    Po za tym to przeczyłoby przedmiotowi tego wątku, który zresztą sama zaczęłam.
    Co z kolei tyczy się reguł grupy – chyba zbyt mocno powiedziane. Sugerowało by, że obowiązuje tu jakaś sztywna dyscyplina, którą ja narzucam.
  • Pietrek

    >Małgorzata Zielińska napisała:
    >>Pietrek napisał
    >>To Ty ustalasz reguły grupy, więc jakim cudem masz czuć
    >>dyskomfort i presję?
    >
    >Chyba w tym miejscu się nie zrozumieliśmy, więc zmuszona
    >jestem sprostować.

    Ja cię zrozumiałem bardzo dobrze. Chodzi mi właśnie o to, że przykład Twoich rodzinnych spacerów nie nadaje się do ilustrowania kwestii presji wywieranej przez grupę na jednostkę...

    >Co z kolei tyczy się reguł grupy – chyba zbyt mocno
    >powiedziane. Sugerowało by, że obowiązuje tu jakaś
    >sztywna dyscyplina, którą ja narzucam.

    Nic takiego nie sugeruję. Ale w każdej grupie ludzi obowiązują pewne zasady - zwykle niepisane.
    Tak naprawdę nie ma potrzeby spisywania zasad, dopóki są:
    1. jasne
    2. znane wszystkim
    3. przestrzegane i akceptowane przez wszystkich.

    Spisywanie i ogłaszanie praw zaczyna się dopiero wtedy w społeczeństwie, kiedy zaczyna się ich łamanie na większą skalę. A jak jest bardzo źle z ich przestrzeganiem - stosuje się przymus, żeby te zasady narzucić wszystkim.

    Tyle uwag ogólnych.

    Zaś co do Waszej trzy-cztero-osobowej grupy spacerowej:
    Jesteś inicjatorką, więc w niejako naturalny sposób ustalasz reguły zabawy.
    To Twoje przywództwo pozostali akceptują i zgadzają się na Twoje pomysły, takie jak zdjęcie butów czy wybór trasy. A czasem mają własne idee co do miejsca czy zabawy - gdybyś zaprotestowała, w większości wypadków ustąpiliby.
    Sztywnych zasad nie ma, a dyscyplina jest - opiera się na akceptowanym autorytecie, zaufaniu i wspólnych celach.
    W tej grupie masz zbyt mocną pozycję (Autorytet+zaufanie+związki emocjonalne), żeby czuć dyskomfort z powodu przestrzegania zasady, którą zresztą sama wymysliłaś: zdjęcia butów.
    Specyfika układu jest taka, że to dla Ciebie raczej grupa wsparcia niż presji.
    No i tyle chciałem powiedzieć.

    Żeby móc zastanawiać się nad rolą presji grupowej trzeba wymyślić sytuację inną, w której jednostka nie korzysta z dobrodziejstw anonimowości.
    Proponuję Ci (a właściwie wszystkim tutaj) coś w rodzaju gry z wyobraźnią.

    Wyobraźcie sobie takie sytuacje, w których Naczelny Autorytet ustala zasadę, a wszyscy w grupie ją wyraźnie akceptują:

    1. w pracy Absolutny szef ogłasza, że masz chodzić topless.
    2. w pracy Absolutny szef ogłasza, że wszystkie panie mają chodzić topless.
    3. w pracy Absolutny szef ogłasza, że wszyscy chodzą na golasa i sam jako pierwszy daje przykład.

    Jak widzisz odczuwanie presji grupy w tych sytuacjach?
    Nie chodzi mi o to, kto to zaakceptuje (i czy to w ogóle prawdopodobne), ale jak byś się czuła w każdej z tych osobnych sytuacji, gdyby z entuzjazmem zaakceptowali te zasady wszyscy?
    Określ poziom własnego dyskomfortu w skali od 1 do 10.
    1= akceptuję bez żadnego oporu.
    10= stan nie do przyjęcia, opuszczam grupę.

    Dla faceta sytuacja jest mniej krępująca, więc taka psychozabawa nadaje się raczej dla kobiet, no i nie oczekuję tu publicznych deklaracji jako odpwiedzi.
    To tylko przykład do przemyślenia kwestii presji grupy.
    Mam nadzieję, że Olek jako fachowiec nie zrypie mnie za metodę ilustrowania...
  • 1
  • 2
| |

Motto: "Jedyne w Polsce forum, na którym chodzenie boso nie ma konotacji erotycznych" co...



Fotki

Miejsca grona (0)